wicklow gap

wicklow gap

sobota, 13 czerwca 2015

Tu i teraz

Odpuszczam, ale tylko chwilowo. Muszę się zresetować. Dzieciaki w szkole, mąż w pracy, a ja … Wciąż poszukuję swojej nowej drogi, ale nie tylko. Dziś wyżywam się kulinarnie w kuchni. Gotuję i piekę.
Przez kuchenne okno spoglądam na roztaczający się przede mną krajobraz. Zimno, a to nie zima przecież. Czerwiec, a słońca nie uświadczysz. A chciałoby się przecież kości na słoneczku powygrzewać. Przeglądam wiadomości polskie oczywiście w Internecie. Aż włos jeży się na głowie. Dobrze, że mnie tam nie ma. Dobrze, że my jednak tutaj, daleko od rządu Ewy Kopacz, od Ukrainy, od beznadziei.
Moja Zielona Wyspa, niczym oaza spokoju otula mnie swoimi ramionami. Całkiem tu przytulnie. Zielono nie tylko w przenośni, również dosłownie. Z lubością kąpię się w zielonej trawie i bawię
i tańczę i śmieję. ŻYJĘ. Ja czuję, że żyję. Pierwszy raz od wielu tygodni i miesięcy poczułam, że to wszystko ma sens. Muszę tylko zmienić  swój sposób myślenia, sformtować swój komputer, procesor. Koniec z polskim zapatrywaniem się na życie i świat. Czas wejść w irlandzki luz, wyciszyć, uspokoić. Świat jest cudny  i wabi nas swymi wdziękami. Ludzie są jacyś ludzcy, tylko trzeba w nich dostrzec  ten pierwiastek i pokochać i polubić i bać się ich przestać trzeba.
A potem to już tylko kwestia czasu. Właściwie ja już czuję się wyciszona i uspokojona. Dziś szczególnie się tą ciszą napawam. Dziś szczególnie doceniam możliwość bycia tu, a nie tam. Tu przecież wszystko mam i wszystkich mam. Tu teraz mój dom i moja nowa ojczyzna.  Idę do szkoły po dzieci, już nie stoję z boku, w kącie jako ta obca. Pozdrawiają mnie Irlandczycy,  Polacy, Niemcy, Francuzi, Litwini, Rumunii, Łotysze, Estończycy, biali i kolorowi. Zdaje się, że w jednej jesteśmy drużynie, gramy do tej samej bramki. Wiem różnych skutków wielokulturowości można się spodziewać w przyszłości. Dziś chcę widzieć same ich pozytywy, dziś planuję wyciągnąć z tej sytuacji to co najlepsze, najbardziej wartościowe dla mnie i mojej rodziny. Od siebie też chętnie dam wiele. Bierzcie co tylko się przyda i ile tylko chcecie.
I jeszcze jedno. Liczy się tylko tu i teraz, bez oglądania się wstecz, za siebie, bez szukania tego, co ma dopiero przyjść. Teraźniejszość. Trzeba nauczyć się przeżywać i odczuwać każdą chwilę, bo jeśli tego nie potrafimy, to tak jakby nas nie było, bo albo utknęliśmy w przeszłości, rozpamiętując gesty, kroki mądrzejsze i  głupsze posunięcia, albo gonimy do przyszłości, próbując przewidzieć, zaplanować, skontrolować i ogarnąć. STOP. Nabieram powietrza, oddycham głęboko. STOP! STOP! Stań! Zatrzymaj się! Nie pędź! Poczuj chwilę! Poczuj jej przyjemne muśnięcie. Krótka, ulotna, ale jakże przyjemna. Jeszcze! Jeszcze! Chwilo, daj się poczuć! Chwilo, gdzie jesteś? Chwilo? Jest. Witaj, moja droga. Już nie liczy się, jak minął mój dzień. Nie ważne już, co będę robić jutro. Jest dziś i tu i teraz, jestem ja i ty, jesteśmy my w tym konkretnym momencie.

Dziękuję Ci za to, że ty przy mnie niestrudzenie. Przytul. Przytul mocno. Niech chwila trwa nieskończenie…

czwartek, 11 czerwca 2015

Więcej wiary!

Przyszedł czas nowego początku w sferze zawodowej. Dziwne uczucie, trochę niewygodnie we własnej skórze. Coś trochę uwiera, coś odstaje. Jak wpasować się w nowy krajobraz? Zupełnie jakby kwalifikacje nie wystarczały do końca. Same języki obce to za mało. Trzeba by coś więcej. Może na przykład więcej wiary w siebie i we własne możliwości? Odrobinę  przekonania o sile własnego charakteru, o uroku osobistym... W latach świetności gór przenosić nie trzeba było, bo same przechodziły pod naporem oddziaływania jakiejś wewnętrznej energii.
Nowy początek to czas wysyłania CV do przedsiębiorstw, do agencji rekrutacyjnych, do dużych firm i małych firemek. To spotkania niosące nadzieję na lepszą przyszłość, to rozczarowania płynące z niedoskonałości, to wyczekiwanie na to, co jutro przyniesie nowy dzień.  Czy ktoś zadzwoni, zaprosi na rozmowę, umówi spotkanie, przekona się do mnie? Ciągle jeszcze wiele niewiadomych, wiele niedomówień i niedopowiedzeń. Niepewność jutra, i  tego co przyniesie kolejny dzień, tydzień i miesiąc nieprzerwanie stoi u progu drzwi mego domu i puka…
I to rozdarcie i pytanie z tyłu głowy. To w końcu gdzie jest lepiej? Tam czy tu? Wyliczanie za i przeciw, doszukiwanie się podobieństw i różnic, wyciąganie wniosków z przeróżnych sytuacji. Ciągle nowe pomysły na życie. Nowe zapatrywania na przyszłość. Świeże plany i stare nieudane dyspozycje.
Dość! Bierz się w garść! Pamiętasz? Mapa marzeń… Działaj! Małymi kroczkami prosto do celu. Bez zwątpienia, rozmyślania i zastanawiania się, bez mazania. DZIAŁANIE. Proste i w dodatku bardzo przyjemne.
Na początek spotkanie z doradcą zawodowym. Nie obejdzie się przecież bez przeanalizowania kwalifikacji zawodowych, dyplomów, doświadczenia. Samo spotkanie bardzo miłe, może nie od  początku. Gdzie ten irlandzki uśmiech, Pani Doradco? Nic się Pani we mnie nie podoba.
Doświadczenie w pracy w szkole jest, ale nie wiadomo, czy nie będę musiała kończyć studiów uzupełniających, zależy od dyrektora placówki, czy uzna  za wystarczający mój tryb studyjny. No chyba, że ktoś wypadnie w ciągu roku szkolnego i będą potrzebowali na zastępstwo. Wtedy zatrudnią nawet bez wymaganych kwalifikacji. Rozumiem.
W obsłudze klienta z językiem obcym według Pani też nie mam szans, bo brak u mnie doświadczenia w handlu, w biznesie, nie mam dokumentu potwierdzającego moje umiejętności komputerowe.
To prawda. Jestem absolwentką Liceum Medycznego, ale ten certyfikat nie uprawnia mnie nawet do opieki nad osobami starszymi, musiałabym uzupełniać kwalifikacje w Irlandii.
Czyli z polskimi dyplomami ukończenia studiów, w Irlandii, nie nadaję się nawet do sprzątania, bo w tej branży mam za wysokie kwalifikacje, muszę zrobić niższe służące do potwierdzenia moich umiejętności trzymania w dłoni miotły i szmaty.
No to się dowiedziałam. Teraz czuję jakby podcięto mi skrzydła. Co ja robię tu? Chyba czas na działalność własną. A może po to właśnie tu jestem?  Na tą chwilę jeszcze nie wiem. Muszę się głębiej zastanowić, przemyśleć o i ogarnąć temat. Grunt to się nie przejmować i do przodu, wbrew wszystkiemu i wbrew w wszystkim, czyli jak zwykle pod górę.

Prawda rysuje się bardzo smutno. Irlandczycy nie uznają naszych dyplomów, albo inaczej, uznają je, gdy nie mają innego wyjścia. Nadal sceptycznie podchodzą do naszych umiejętności umysłowych, bardzo cenią sobie fizyczne. Pierwszeństwo zapewnione jest rodakom, i wcale mnie to nie dziwi. Wniosek: jesteśmy murzynami Europy pozostając w kraju, lecz niestety wyjeżdżając za granicę też nimi jesteśmy. I jedno i drugie równie bolesne, ale wzmacnia, daje siłę i kopa do działania. Ja wam jeszcze pokażę i udowodnię na co mnie stać. Bo przecież w moim pojęciu świata  nie ma rzeczy niemożliwych, a dla chcącego nic trudnego. Kto podoła, jeśli nie ja? Kłopoty, rozwiązywanie problemów- to moja druga specjalność. 

Jesienna oda do radości

 Powszechnie wierzy się, że szczęśliwi ludzie żyją dłużej. Dlaczego? Bo codzienne zamartwianie nie zatruwa ich życia, bo nie plują w siebie jadem. „Pozytywiści” rozkoszują się każdą chwilą spędzoną na Ziemi i wyciskają życie jak cytrynę, oby tylko więcej, oby kwaśniej, wtedy dostatecznie ciekawie. Zawsze pozytywnie, co by się nie działo, grunt to dobry humor i przednia zabawa.
          Jesień zdaje się nie zawsze nastrajać nas pozytywnie. Owija nas tymi swoimi deszczowo-wietrznymi szponami, czochra chłodem i ściąga do samych nizin. Ludzie zdają się snuć ulicami jak cienie, przemykają szybko, czym prędzej chowając się w zakamarkach ogrzanych domostw. Jesień to pora roku, w której niekoniecznie czujemy się szczęśliwi  
z wielu różnych powodów. Senność, spadek nastroju, nostalgia, tęsknota za jasnością
i ciepłem promieni słonecznych, melancholia, brak energii i chęci do działania. Zmęczenie
i jakby brak cierpliwości w niektórych zdających się przerastać nas sytuacjach powodują wycofanie się i zamknięcie w czterech ścianach. Czy kierunek działania polegający na ukryciu się w schronie na pewno „robi” nam dobrze? Na warunki panujące w danej porze roku nie mamy wpływu. Jesień zawsze pozostanie jesienią, czy nam się to podoba czy nie. Może należałoby ją zaakceptować, choć trochę się z nią zaprzyjaźnić
i przede wszystkim zmienić swoje nastawienie. I nie chodzi tu wcale od razu o różowe okulary. Szczypta dobrego humoru, zwykły spacer mimo jesiennej zawieruchy, czy mała czarna kawka w miłym  towarzystwie jeszcze nikomu nie zaszkodziły, czasem nawet pomogły.
          Może warto byłoby się pokusić o poszukanie jakiejś drobnostki, która wprawiłaby nas  w dobry nastrój. Pozytywna strona deszczu, wiatru, uczucia chłodu, a nawet zimna? „To już chyba jakaś przesada.”- rzekłby jakiś znudzony, zamartwiający się męczennik nie umiejący lub nie mający ochoty na zadowolenie się małymi rzeczami. Pamiętajmy jednak, że małe rzeczy to składowe grubszych spraw. A może szkoda życia na czekanie na grubsze uciechy
i poważniejsze radochy, kiedy sprzed nosa uciekają nam te małe, ale jakże słodziutkie.
          Każdy potrzebuje innych kwiatków do osłodzenia sobie codziennej rzeczywistości. Jednym wystarczy jakaś super wypasiona bryka, inni marzą o dobrym sprzęcie, kobiety rozpuszczają ciężko zarobione pieniądze mężów  dogadzając sobie kolejnym ciuszkiem tudzież fatałaszkiem. Większość z nas zadowolenia doszukuje się jednak w drugim człowieku, stąd przekonanie, że życie w parze jest kopalnią szczęścia, oczywiście pod warunkiem, że wybranek, tudzież wybranka serca pasuje do nas jak druga połowa jabłka.
          Reasumując do szczęścia potrzebne są: dużo zdrowia, jeszcze większa  fura pieniędzy, wyrozumiały i kochający partner oraz satysfakcjonująca praca. Obraz wiecznej szczęśliwości dopełnić mogłoby jakieś ciekawe zainteresowanie, gorąca pasja wypełniająca po brzegi długie jesienne wieczory. Czasem niemożliwym jest uchwycić to wszystko w jednej chwili, w tym samym momencie. Stąd pomysł na degustację pojedynczych kęsów. Choć konsumowane w odstępach czasowych w końcu dadzą uczucie sytości.
          Czy jesteś szczęśliwy? Czy się zamartwiasz, umartwiasz i maltretujesz? Zadaj sobie pytanie: „W jakim celu? Po co?”. Szkoda na to jesieni i każdej innej pory roku. Człowieku, życia szkoda! Te chwile tak szybko umykają. Więc zamiast zamykać się w czterech ścianach, wyjdź do nas, uśmiechnij się, uwierz, że i ty zasłużyłeś na mały kawałek urodzinowego tortu. Pozwól sobie na tę odrobinę luksusu i ciesz się błahostkami.
Pamiętaj: „Don’t worry! Be happy!”

Szkoła marzeń

Okazuje się, że może być oswojona, może nęcić swoim sposobem postępowania, nauczania i indywidualnego podejścia do każdego ucznia. Wicklow Educate Together National School to najlepsza rzecz jaka mogła się przydarzyć moim pociechom w życiu. To szkoła, która wyposaży ich  w potrzebne w przyszłości fundamenty. Kiedyś umożliwią one budowę ich prywatnych domów, trwałych i pewnych siebie, a co za tym idzie pozwolą bez lęku patrzeć na otaczającą ich rzeczywistość.
Pamiętam pierwszy dzień dzieciaków w tej szkole. Stres mnie zjadał. Przecież oni w ogóle nie znają angielskiego, przynajmniej nie na tyle, by funkcjonować w społeczności szkolnej. Będą zbierać same jedynki! Nie przejdą z klasy do klasy! To jakieś wariactwo, co ja zrobiłam?! -zastanawiałam się uruchamiając tradycyjnie  samobiczowanie.
          Mile zaskoczyłam się już na samym początku. Pierwszy dzień szkoły, rodzice z uczniami gromadzą się przed budynkiem, czekamy na otwarcie drzwi. Nikt się nie śpieszy, nie pokrzykuje na dzieciaki, wszyscy uśmiechnięci, zrelaksowani, tryskający pozytywną energią, humorem. Wszyscy wypoczęci po wakacjach wymieniają się pozdrowieniami i opowiadają o sprawach bieżących. Co niektórzy dochodzą w trakcie i wcale się nie śpieszą, jakby w myśl zasady „Spokojnie, spokojnie, spóźnić się zawsze zdążę”. Punkt dziewiąta w drzwiach staje pryncypał tego przybytku, wita zebranych i zaprasza do środka. Nie ma przemówień, galowych strojów, nie ma stania na apelu, upomnień i nawróceń. Jest miłe, spokojne, pełne radości „Witajcie!” Cieszymy się, że już jesteście!”. 
          To wszystko?  Cieszymy się, że już jesteście? Witajcie? To zgoła odmienne rozpoczęcie roku od tego, do którego przywykłam. Jednak pozytywnie nastraja, otula i popycha z ciekawością do przodu. Co dalej będzie?
        Dalej lot w przestworzach, poszerzanie horyzontów, dalej ocean pełen wyzwań i uniesień. Dalej po prostu Przygoda! Hej przygodo!
          Educate Together to rosnąca sieć szkół w Irlandii. Główny nurt idei tego typu edukacji oparty jest na szacunku wobec drugiego człowieka niezależnie od jego pochodzenia społecznego, kulturalnego i religijnego tła. Nauczanie koncentruje się na   demokratycznym podejściu do życia oraz na wzajemnym poszanowaniu między rodzicami, uczniami i nauczycielami. Nie ma wyższości jednych nad drugimi, jest zrozumienie, wsparcie i współpraca w pełnym tego słowa znaczeniu.
To taki typ szkoły co to wniósł nowe myślenie do edukacji irlandzkiej. Powiewa nowoczesnymi i nowatorskimi metodami pracy. Po raz pierwszy pozwala na koedukację i nie zmusza do noszenia mundurków.
Wspólna edukacja w tego typu szkołach opiera się na czterech podstawowych zasadach. Jedną z nich to  demokracja. Rodzice nie stoją tu z boku jako bierni obserwatorzy zdani na łaskę lub niełaskę nauczyciela. Zachęcani i ośmielani przez kierownictwo szkoły aktywnie biorą udział w edukacji dziecka.  Włącznie z organizowaniem życia szkolnego i pozaszkolnego swoich pociech oraz ich kolegów i koleżanek. W myśl zasady wszyscy w równym stopniu jesteśmy odpowiedzialni za wychowanie przyszłego pokolenia, a wszystkie dzieci nasze są, więc czyńmy to wspólnie i zgodnie, a wychowamy mądre, wrażliwe i odpowiedzialne społeczeństwo.
W Polsce nie doczekaliśmy się jeszcze zaangażowania rodziców we wspólną edukację. Myśl ta nie dotarła także  do wielu innych państw europejskich i wcale nie jest  powszechna w  irlandzkich szkołach katolickich. Konieczność wspólnego włączenia się w edukację przyszłych pokoleń  nie często dociera do świadomości współczesnych dorosłych uganiających się za dobrami materialnymi, uskarżającymi się na brak czasu i nadmiar zajęć. Efekt? Dzieci pozostawione same sobie, zdane tylko na siebie, samotne i zagubione.
Educate Together opracowało innowacyjne programy edukacyjne, które otwierają oczy dzieci na otaczający ich świat, pozwalają na jego poznanie z uwzględnieniem wszystkich różnic w nich występujących, a co najważniejsze wspierają  rozwój każdego dziecka nie zduszając w zarodku indywidualności. Młody człowieku, bądź takim jaki jesteś, bo różnić można się pięknie. I dobrze, że jesteśmy różni. Dzięki temu świat nabiera tysiąca barw i rozświetla odległe horyzonty blaskiem kolorowej tęczy.

Dzień jak co dzień.

Jesień tego roku przyszła szybciej niż się tego spodziewaliśmy. Nagle z dnia na dzień zrobiło się „szaro, buro i kudłato”. Ostatni tydzień upłynął nam pod tytułem: "Ciągle pada". Nie! Nie pada. Określenia pasujące do ubiegłego  tygodnia powinny brzmieć: "Ciągle leje", "Leje jak z cebra", "Urwanie chmury". Teraz w pełni  rozumiem tych wszystkich, którzy opowiadali mi o deszczowej Irlandii. Do tej pory pogoda rozpieszczała nas tu słońcem, które dodaje uroku przepięknym krajobrazom. Zdaje się je wykańczać, dopracowywać i udoskonalać nadając im takiego wyjątkowego blasku, co to zapada w sercu i umyśle i długo pozostaje pomagając przetrwać ponurą jesień i zimę. To taki blask ogrzewający ludzkie wnętrza.
          Jest bardzo wcześnie rano. Moja rodzinka pogrążona  jeszcze w słodkim i głębokim śnie, leży sobie w ciepłych łóżeczkach. Ja obudzona hałasem przejeżdżającej po ulicy śmieciarki wstaję. Nie potrafię i nie chcę  leżeć w łóżku i przewracać się z boku na bok. Nie za bardzo mam ochotę na obcowanie z własnymi myślami sam na sam.  Za dużo, za szybko, zbyt wnikliwie i przenikliwie. Zbiegam na dół do kuchni, zaparzam pyszną, aromatyczną kawę, patrzę przez okno... a tu miła niespodzianka. Słońce! Boże! Jak ja na nie czekałam! Słońce, moje jedyne, ukochane, takie dobre i ciepłe, takie ogrzewające i krzepiące. Po prostu słońce, albo nie po prostu, albo S Ł O Ń C E. Czyli nadzieja i lekarstwo na ból i cierpienie.
Dopadła mnie nostalgia i owinęła swoim szalem tęsknota. Tęsknota  za domem, za rodziną,  za polami i lasami... Tęsknota za pracą. Ileż można wypoczywać, nie pędzić, nie gnać i się nie śpieszyć?
No ile? Byle nie za długo. NUDA i gdy przystajesz na chwilę doganiają cię te myśli...  A poza tym cały świat czeka na to, bym go zbawiła. Czyż nie takie powinno być moje przeznaczenie? Póki co nie ma czasu na sentymenty.
          Dzieciaki pierwsze dni szkoły mają już za sobą, a ja pomału popadam w rutynę. Pobudka, śniadanko, podwózka dzieci do szkoły, męża do pracy, kawka, herbatka, książeczka, spacerek z Amelką, lub jakiś plac zabaw. Jak na porządną gospodynię domową przystało w harmonogramie dnia mieści się również sprzątanie i gotowanie. Jadę odebrać dzieciaki, jemy obiadek, odrabiamy lekcje. Z pracy wracasz ty i przejmujesz nasze pociechy, by dać mi chwilkę  dla siebie. Ten czas spędzam  ucząc się angielskiego. Czuję, że robię postępy, ale wiele jeszcze muszę się nauczyć. Daleko mi do doskonałości, która zdaje się być moim życiowym przekleństwem. Nie potrafię sobie odpuścić, pogłaskać po głowie chociażby  za głupstwo, jakieś małe „conieco”. Za to chętnie będę się biczować i ganić. To mogłaś zrobić lepiej, dlaczego bardziej się nie postarałaś? Tylko na tyle cię stać? Świadomość bycia obcym wcale nie pomaga. Przecież zdaję sobie sprawę, że żyjąc tu trzeba być zawsze lepszym i stale udowadniać, że stać mnie na więcej. To taki gwarant powodzenia. Przeciętność zdaje się być zarezerwowana dla tubylców. Wcale się nad sobą nie użalam. Nikt nie obiecywał, że będzie lekko. Dlaczego zresztą miałoby być? Wspinanie się pod górę to moja specjalność.

Trzymam się tych swoich osobistych  wyzwań kurczowo, sama się dyscyplinuję, co z wiekiem przychodzi dość łatwo. Wszystko po to, by nie zmarnować czasu, aby wykorzystać każdą sekundę, minutę i godzinę. Dzięki temu „dzień jak co dzień” różni się jednak od tego poprzedniego, a ja mam poczucie, że bycie tu nie jest pozbawione sensu. Każdy z nas osiąga swoje własne szczyty, każdy na swój sposób trawi tę nową rzeczywistość.

Rodzina w komplecie

 No i zaczęła się nasza przygoda z Wyspami. Tym razem na poważnie. Skończyły się próby i żarty. Decyzja zapadła. Doczekaliśmy do końca roku szkolnego i wsiedliśmy
w pierwszy samolot mknący w kierunku Irlandii, w kierunku naszego taty.  Czy się boję? Oczywiście, że tak, tylko głupi się nie boi. Boję się bardzo. Tylko nie do końca potrafię określić czego. Na chwilę obecną wiele mnie drażni, coś tam denerwuje.
Przed nami pierwsza noc w nowym mieszkanku. Jeszcze nie całkiem się rozpakowaliśmy, ale generalnie wszystkim sprawia nam to dużo frajdy i radochy. A dzieciaki tak się cieszą, że trudno poskromić ich szał poznawania nowych kątów, któremu towarzyszą okrzyki i wariacje mniej lub bardziej kontrolowane. Dobrze się tu czuję, choć wciąż nie do końca  jak u siebie
w domu.
Zdążyłam już  wypocząć, zregenerowałam siły. Nie wiem jak długo wytrzymam nic nie robiąc. Tęsknię za pracą. Wzięłam roczny urlop bojąc się palić za sobą wszystkich mostów. Niektórzy nazywają to asekuranctwem, a ja po prostu wentylem bezpieczeństwa. W razie gdybym potrzebowała odwrotu.
Niewielkie mam szanse na pracę w zawodzie. Muszę poprawić swoje umiejętności językowe. Jednym słowem na nudę nie będzie czasu. Przed nami ostatni miesiąc wakacji i szkoła. Dzieciaki już nie mogą się doczekać, są ciekawe nowej rzeczywistości. Póki co nawiązują pierwsze kontakty z tubylcami na osiedlu. Staram się im pomagać, wspieram na każdym kroku.
          Poznałam już swoja sąsiadkę. Bardzo miła, zawsze uśmiechnięta i życzliwa. Na razie to moja jedyna okazja na ćwiczenie języka. Nie mam blokady, ale czasem się wstydzę, gdy zdarzy mi się popełnić jakąś językową gafę. Teraz widzę jak wiele  muszę się nauczyć. Irlandzki angielski zdecydowanie różni się od tego uczonego w polskiej szkole. Największą trudność sprawia tutejszy akcent. Nie zniechęcam się. Robię dobrą minę i też się uśmiecham naśladując Irlandczyków, nadrabiam mową ciała.
          Najprzyjemniejsze są wieczory. Wreszcie możemy je spędzać wszyscy razem. Mama, TATA i dzieci. Zabierasz nas na wycieczki, spacery i place zabaw. Wspólnie penetrujemy okolicę i poznajemy naszą nową ojczyznę. Wszyscy mamy nadzieję na lepsze życie. Lepsze, bo razem, w komplecie. Odkrywam, że tu żyje się inaczej, chyba trochę łatwiej i lżej po prostu. Nie dlatego, że inni nie patrzą nam na ręce. Czuję jakąś taką beztroskę rozchodzącą się po ciele. Ona rozlewa się na wszystkie członki, przynosi spokój, ukojenie. Działa niczym endorfiny szczęścia. Dopiero tu i teraz widzę, że twoje „wszystko będzie dobrze”  wreszcie ma sens. Twój stoicki spokój już nie drażni, tylko się udziela.

          Tęsknimy za dziadkami. Oni bardzo nam kibicują i trzymają kciuki za całą tą naszą tułaczkę. Gdyby nie rodzina pozostała w Polsce już w ogóle nie myślałabym o tamtej rzeczywistości, która wydaje się być tak odległa. Jakby była zupełnie innym światem, jak kraina pochodząca z innego życia. Pomału zaciera się obraz stamtąd. Liczy się tylko tu i teraz. Prosisz, bym nie myślała, nie zastanawiała się, gdzie byłoby nam lepiej, gdzie czulibyśmy się szczęśliwsi. Mówisz, że najbardziej szczęśliwi będziemy żyjąc razem. Spoglądam na uśmiechnięte twarze dzieci. Koniecznie trzeba nadrobić utracony czas, zadość uczynić wszystkie te dni spędzone w samotności spowodowanej brakiem ciebie. A jak już nasycimy się sobą nawzajem, czy zaczniemy żyć normalnie? Bez żalu, tęsknoty i wyrzutów sumienia, bez strachu? Gdzieś z tyłu głowy kołaczą się myśli niespokojne. Zadaję sobie setki pytań, wypisuję plusy i minusy, bilansuję zyski i straty. Z każdym kolejnym dniem wątpliwości coraz więcej. Nikomu o nich nie wspominam, wzdycham tylko czasem i czekam na szarość nadciągającej jesieni.

Zielona Wyspa

  Wreszcie odzyskałam spokój. Dobrze wiesz, tylko przy tobie czuję się bezpiecznie. Otuliłeś mnie swoimi dużymi ramionami i zapewniłeś: Nigdzie indziej nie będzie nam lepiej, uwierz mi kochanie.
Wcale nie zaoponowałam, bo dla mnie nie ma większego znaczenia gdzie, ważne z kim. Odkąd wyjechałeś, nieustannie, choć po cichu i nieśmiało towarzyszyła mi myśl
o zamieszkaniu na stałe w obcym kraju. Zielona Wyspa jak Wyspa Nadziei zaczęła kusić nas swoimi wdziękami.
          Przeżyliśmy nasz pierwszy lot samolotem. Każdy z nas inaczej, na swój własny sposób. Ewie stopy ze strachu spociły się tak bardzo, że skarpetki można było wykręcać. Olek trzy razy przećwiczył awaryjne lądowanie podążając za instrukcjami stewardes i obrazkami umieszczonymi na siedzeniach. Tylko Amelka zdawała się niewiele rozumieć z całego przedsięwzięcia. Dla niej liczył się jedynie wyjazd do taty. Cała reszta nie miała żadnego znaczenia. Ze mną było podobnie. Nie dawałam sobie rady z długotrwałą rozłąką.
          Irlandia zauroczyła nas od pierwszego zejścia z pokładu samolotu. Pod osłoną nocy przechodziliśmy przez celnicze bramki obsadzone uśmiechniętymi od ucha do ucha urzędnikami. Na drugi dzień z samego rana udaliśmy się do miasta. Nigdy w życiu nie widziałam jeszcze tyle zieleni.  Wicklow, w którym mieszkałeś nazywane Ogrodem Irlandii wyróżniało się  masą traw, krzewów
i kwiatów rozciągających się po okolicy. To właśnie tu ogrodnicy mają najwięcej pracy i dumni są ze swoich dobrze prowadzonych dużych ogrodów, małych ogródeczków, czy też ogromnych ogródasów .
    W tej niewielkiej miejscowości położonej  na wschodnim wybrzeżu Irlandii, nad brzegiem Morza Irlandzkiego od początku czułam się  naprawdę dobrze. Z każdej strony otaczała mnie przyjazna aura bijąca nie tylko od malowniczych krajobrazów, lecz także od przyjaznych, niezwykle sympatycznych Irlandczyków. Rozkoszowałam się  ciepłem domu, który wynajmowałeś. Położony  na wzgórzu 
z bajecznym widokiem na góry i morze pozwalał czuć się bezpiecznie. To zupełnie tak jak sobie wymarzyliśmy. I góry i morze.   Czy można chcieć więcej? Więcej oznaczałoby tak wiele, że nie dalibyśmy rady udźwignąć. Więcej byłoby zdecydowanie za dużo. Może lepiej pozostać przy tej odrobince, której dane nam było doświadczyć, byle nie przesadzić, nie przedobrzyć, by zachować umiar.        
          Dni mijały w zastraszająco szybkim tempie. Spodobała mi się ta nasza codzienna rutyna. Co rano wychodziłeś do pracy, a ja z dziećmi czekaliśmy aż wrócisz do domu. Starałam się pokazać naszym pociechom Irlandię z jak najlepszej strony, jakbym chciała przekonać ich do naszego nowego domu. Zaczęliśmy przebąkiwać im o możliwości przeprowadzenia się tu na zawsze. Udzielił im się nasz entuzjazm. Rozglądaliśmy się
w poszukiwaniu  najodpowiedniejszej szkoły, takiej, która ułatwiłaby im zaklimatyzowanie się
i zaakceptowanie nowej rzeczywistości, co tylko z pozoru wydawać by się mogło łatwym. Zdawaliśmy sobie sprawę z wynikających z tego faktu trudności. Bilans strat i zysków przekonywał nas, że jednak warto. Szukaliśmy argumentów, które popchnęłyby nas w stronę podjęcia ryzyka.
Mnie osobiście czekała praca nad sobą. Sama siebie musiałam przekonać, że warto, że nie ma w tym nic trudnego. Wyobrażałam sobie, jak idę do szefowej i składam wypowiedzenie
z pracy dającej mi wiele satysfakcji zawodowej i zabezpieczenie.  W tej chwili nie liczyło się nic poza potrzebą bycia razem. Pragnęłam mieć męża tuż obok, na wyciągnięcie ręki, nie tylko przez telefon. Wiedziałam, że dzieci cię potrzebują. Tu i teraz emigracja była jedynym sensownym rozwiązaniem i o ile ty zdążyłeś już do tej myśli przywyknąć, dla  pozostałych członków naszej rodziny perspektywa opuszczenia naszego małego świata w Polsce wcale nie była bezbolesna. Ja miałam swoją pracę, dzieci swoich przyjaciół, szkołę, ulubioną ławkę w parku, ukochane miejsca spacerowe, przytulne pokoje w naszym domku.
Irlandia miała nam wiele do zaoferowania, lecz te same rzeczy tu i tam  miały zupełnie inne znaczenie, inną rangę i jakże inne usposobienie. Te same gesty tu i tam interpretowane były zgoła  inaczej. Musielibyśmy nauczyć się żyć od nowa.
          Podobno wszystko co dobre szybko się kończy. Równie szybko minął czas dwumiesięcznego urlopu spędzonego u twego boku. Przerwa świąteczna i ferie zimowe dobiegły końca. Dla mnie
i dzieci nadszedł czas powrotu do kraju. Idylla skończyła się nazbyt niespodziewanie, choć była zaplanowana na tak krótki odcinek czasu i od początku wiedzieliśmy, że skończyć się musi. Znów stanęła przed nami perspektywa tęsknoty, bólu, samotności.
 Na lotnisku dzieci nie chciały się od ciebie odkleić. Staliśmy tam wszyscy zalewając się łzami
i wtulając się w siebie nawzajem. Olek spojrzał na ciebie z poważną miną i z nadzieją w głosie, że może się uda, poprosił: „Tatusiu, leć z nami do domu, proszę, proszę, proszę. Leć z nami”. Przytuliłeś nas wszystkich jeszcze raz bardzo mocno. Ty też wtedy płakałeś. Obiecałeś, że przylecisz na Wielkanoc, czyli za jakieś dwa miesiące. Wtedy już wiedziałam, zdałam sobie sprawę, że dłużej tak nie mogę, że nie chcę i nie potrafię wytłumaczyć tego co się z nami dzieje naszym dzieciom. Jak długo można żyć w takim zawieszeniu? Podjęłam decyzję.